Islandia część III

Vík

Drugiego dnia naszego noclegu w Víku pogoda już się poprawiła i poranek powitał nas ostrym słońcem. Obudziłem się sporo przed wszystkimi, i widząc co dzieje się za oknem, poszedłem na plażę. Czerń piasku tworzyła niezwykły kontrast dla złota klifów i błękitu oceanu. Na horyzoncie piętrzyły się czarne kolumny Reynisdrangar.

20160407_064101_hdr

20160407_064639_hdr

20160407_064940_hdr

20160407_092731_hdr

Wracając ze sklepu przed odjazdem z Víku, minęliśmy tamtejszą szkołę. Akurat udało nam się trafić na lekcję WF-u. Nasze zimowe kurtki i trekkingowe buty nieco kontrastowały ze strojami gimnastycznymi islandzkich dzieci rozgrywających mecz piłki nożnej na zewnętrznym boisku.

Warto tutaj wspomnieć o islandzkim wynalazku kulinarnym jakim jest Skyr. W przeciwieństwie do drugiego narodowego dnia Islandii jakim jest kiszony rekin (Hákarl), nie zabija on zapachem kociej kuwety. Skyr to bardzo gęsty jogurt o bardzo delikatnym smaku. W każdym sklepie w jakim byliśmy można było znaleźć co najmniej kilka różnych smaków i wielkości tego przysmaku. W Polsce jeszcze nie udało się nam go znaleźć, Internet twierdził że na przy Rondzie ONZ w Warszawie można go dostać, ale byliśmy tam i nasze poszukiwania spełzły na niczym.

20160406_073637

Po zatankowaniu (litr benzyny wtedy kosztował około 6zł, aktualną cenę można sprawdzić na tej stronie) ostatecznie pożegnaliśmy się z tym mikrokosmosem jakim jest Vík, i kierując się na wschód, objechaliśmy wzgórze Reynisfjall aby dostać się na Czarną Plażę.

Reynisfjara

Reynisfjara, szerzej znana jako Black Beach, to, a jakże, plaża leżąca na wschód od Viku. Długa na kilka kilometrów, szeroka na kilkaset metrów połać czarnego, kamienistego piasku rozciąga się między kolumnami Reynisdrangar, a cyplem Dyrholaey. W najwęższym miejscu plaża jest tylko skrawkiem między oceanem a skałami. Naprawdę, na Islandii można być jednocześnie w górach i nad morzem. Skały wysokiego klifu są mieszanką chaotycznie rozrzuconych kamieni, spośród których widać symetryczne bazaltowe kolumny. Takie jak te otaczające wodospad Svartifoss opisany w części drugiej.

20160407_113228_hdr

img_3558

20160407_113013_hdr

20160407_112937_hdr

img_3569-1

Czarna plaża jest scenerią dla m.in tego teledysku, a islandzki zespół Sólstafir wykorzystał jej zdjęcie na okładkę ich nowej płyty. Warto ich poznać!
b851029c67c84312c3e0ed81c91257f7

Seljavallalaug

W pewnym miejscu niedaleko Víku należy skręcić z drogi nr 1 w kierunku lądu. Maszerując kilka kilometrów dnem doliny, dociera się do… basenu. Seljavallalaug to najstarszy na Islandii, wciąż stojący, naturalnie ogrzewany zewnętrzny basen. Dzięki temu, że spływa do niego ogrzana procesami wulkanicznymi gorąca woda, można z niego korzystać przez większość roku. Przy temperaturze powietrza około 10° i wokół ośnieżonych szczytów, pływaliśmy w ciepłej, mineralnej wodzie. Tak jak kąpiel była absolutną przyjemnością, tak przebranie się było koszmarem. Nigdy w życiu nie było mi tak zimno, jak wtedy kiedy wyszedłem z wody i owionął mnie arktyczny wiatr. Przebieralnie są na miejscu, ale niestety w stanie rozkładu. Mimo chwili cierpienia, jest to coś czego trzeba koniecznie spróbować.

20160407_124708

20160407_133605_hdr

20160407_134830_hdr

Gulfoss

Ostatecznie pożegnaliśmy się z wybrzeżem, i skierowaliśmy się w kierunku interioru. Ostre skały klifów ustąpiły miejsca wyżynnym łąkom na których pasły się stada islandzkich koni, wyglądających jak kudłate kucyki. Jednak widok który zaskoczył mnie bardziej niż lokalna wersja My Little Pony, to były drzewa. Kiedy są wszędzie, to się ich nie zauważa, ale po czterech dniach na wybrzeżu gdzie nie było nic wyższego niż trawa, widok zagajników robił wrażenie.

50km w głąb lądu od Drogi nr 1 dotarliśmy do ostatniego już wodospadu naszej wyprawy, Gulfoss. Światło nie było na tyle dobre żeby zrobić zadowalające zdjęcia, a tabliczki ostrzegały przed podejściem bliżej do wodospadu z powodu oblodzenia; niech więc wyręczę się trochę technologią Google.

20160407_183022_hdr

Nad punkt widokowy nad wodospadem można zejść szerokimi drewnianymi schodami. Jak w innych miejscach do ktorych trafiliśmy, były one bardzo zadbane, a szlak był ubogacony informacjami o przyrodzie i geologii okolicy. Przy wodospadzie napotkaliśmy też na tablicę Sigríður Tómasdóttir. Sigríður mieszkała na farmie niedaleko wodospadu, i do jej rodziny należał ten teren. W XIX wieku pojawiły się plany kupna ziemi i przemienienia Gulfoss w elektrownię wodną. Ona i jej prawnik, notabene przyszły prezydent Islandii, byli głównymi orędownikami przeciwko zniszczeniu wodospadu, i dzięki ich walce ostatecznie utworzono w Gulfoss park narodowy.

Geysir i Strokkur

Niedaleko Gulfoss znajduje się kolejne miejsce z gorącymi źródłami. Wśród nich położone są dwa słynne islandzkie gejzery, Geysir i Strokkur. Większy z nich, Geysir, wybucha nieregularnie, czasem uspokaja się na lata, czasem jest bardzo aktywny. Mniejszy Strokkur wybucha raz na paręnaście minut, i udało nam się być tego świadkiem. Nie nagraliśmy tego, ale tutaj można zobaczyć obydwa gejzery nakręcone z drona.

Niedaleko mieliśmy nasz ostatni nocleg, w małym domu ogrzewanym, a jakże, energią geotermalną. Wiązało się to z tym, że każde odkręcenie kranu z gorącą wodą lub wzięcie prysznica niosło ze mną unikalną woń siarkowodu. Tak samo pachniało jacuzzi, w które ta dacza była wyposażona.

20160407_185324_hdr

20160407_185339_hdr

20160407_185848_hdr

Reykjavík

Do Reykjavíku dotarliśmy kilka godzin przed odlotem samolotu. Pogoda znowu się popsuła i poważnie zniechęcała do zwiedzania, zaś islandzkie ceny nie pozwoliły na większe zakupy. Poszliśmy jednak do tradycyjnej restauracji zjeść coś prawdziwie islandzkiego, i to czym nas uraczono można podsumować krótko: węglowodany i tłuszcze. Talerz makaronu z ziemniakami i rybą, plus do tego chleb smażony na maśle to było jedno danie. Skosztowaliśmy też uprzednio wspomniany Hákarl, i cóż, w smaku był on tylko minimalnie lepszy niż w zapachu, a pachniał okropnie.

W centrum Reykjaviku znajduje się okolica zwana potocznie Neighbourhood of the Gods. Nazwana jest tak, gdyż 15 znajdujących się tam ulic nosi imiona nordyckich bogów. Mijając ulice takie jak Freyjugata, Lokastígur czy Baldursgata dotarliśmy do kościoła Hallgrímskirkja. Charakterystyczny kształt tej luterańskiej świątyni został zainspirowany wspominanymi już bazaltowymi kolumnami. Zaś w środku panowała zimna biel i typowa protestancka skromność.

20160408_130049

Przed wyruszeniem w dalszą drogę zebraliśmy drużynę, i korzystając z chwili czasu przed odlotem zajrzeliśmy jeszcze do Muzeum Fotografii. Mocno polecam zajrzenie tam, kolekcja fotografii jest spora, a wstęp darmowy.

Nasz czas na Islandii dobiegał końca, i nie pozostało nam nic innego jak udać się na lotnisko. I tutaj przeżyliśmy kolejne zaskoczenie. Po czterech dniach w głuszy, i mijaniu dwóch samochód na godzinę, utknęliśmy w drodze do Keflaviku w wielkim korku samochodowym, i tylko dzięki temu że założyliśmy sobie poważny zapas czasu, udało nam się zdążyć. Na lotniku zwróciliśmy samochody, oddaliśmy bagaż, i nadszedł czas pożegnania się z tą wyspą. Ale nawet wtedy stało się coś niespodziewanego, ostatnią kartą jaką miała dla nas Islandia, było spotkanie w drodze do samolotu Tedego. Wspólne rapowanie niestety nie wyszło, węgierski przewoźnik nie chciał czekać.

20160408_183741

20160408_214204

Tutaj należałoby napisać kilka słów podsumowania o Islandii, ale mam poważenie wątpliwości czy mogę to zrobić. Czy można wyciągnąć wnioski po 5 dniach pobytu i zwiedzeniu tych kilkunastu miejsc? Czy byłbym w stanie napisać coś co nie będzie poważnym uproszczeniem? Nie sądzę. Dlatego też zamiast podsumowania napiszę jedno: musimy tam koniecznie wrócić.

Epilog

Na lotnisku w Gdańsku wylądowaliśmy koło 2 w nocy, przesiedliśmy się w pociąg do Wrzeszcza, i dalej do Poznania. Ale traf chciał, że tego samego dnia zaczynał się Pyrkon, więc kiedy w końcu udało mi się usnąć nad ranem, ze snu wyrwał mnie Gandalf i drużyna Hobbitów przemierzających wagony w poszukiwaniu wolnego miejsca.

Być może wszystko to ukartowały islandzkie Elfy.

Część I
Część II

Advertisements

Islandia część II

Vík

Vík jest ponoć najcieplejszym, i najbardziej mokrym miejscem na Islandii, i taki też był ten deszczowy poranek. Przy populacji prawie 300 ludzi, Vík jest największym siedliskiem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, ze swoją stacją benzynową, sklepem i barem jest uważany za centrum regionu. Sama miejscowość położona jest na końcu szerokiej doliny zamkniętej wzgórzami. Dopiero po powrocie dowiedziałem się że ta malownicza i spokojna dolina jest też zagrożeniem dla ludzi. Na jej drugim końcu leży lodowiec Mýrdalsjökull, a pod nim wulkan Katla. Erupcja wulkanu może pewnego dnia stopić lodowiec, a wtedy powstała masa wody zatopi wszystko co spotka na swojej drodze. Ale aktualnie Katla śpi i nic nie stoi na przeszkodzie przed odwiedzeniem Viku. Z drugiej strony siedliska roztacza się szeroka plaża, z czarnym wulkanicznym piaskiem pod wysokimi klifami (panorama). Jednak zwiedzanie trzeba było przesunąć na kolejny dzień, pogoda po śniadaniu popsuła się jeszcze bardziej i jedynym ratunkiem była ucieczka od deszczu.

20160406_065443_hdr

20160406_104029_hdr

Warto tutaj wspomnieć o Drodze nr 1. Þjóðvegur 1 ma ponad 1300km długości i biegnie równolegle wybrzeża zataczając koło wokół całej Islandii. Zaczyna się i kończy w Rekjaviku i to na niej leży wiele islandzkich atrakcji i ważniejszych miejsc, takich jak właśnie, Vík lub też opisane w poprzedniej części wodospady Seljalandsfoss i Skógafoss. Także tą drogą dojedzie się do opisanej w następnej części Czarnej Plaży. Szukając o niej więcej informacji, wpiszcie w Google “Icelandic Route 1” albo “Golden Circle”. Więcej przydatnych faktów znajdziecie też w filmie na końcu tego wpisu.

Skaftafell

Jadąc 140km na wschód od Viku drogą nr 1 udało nam się uciec od złej pogody. Celem wyprawy był Skaftafell, część Parku Narodowego Vatnajökull. Naszym planem było wspięcie się na wzgórze ponad lodowcem Skaftafellsjökull. U jego podnóża znajduje się małe centrum turystyczne ze sklepem z pamiątkami i podstawowym ekwipunkiem na trekking. Jest też możliwość rozbicia namiotu, lub wynajęcia przewodnika w sezonie letnim.

Alternatywnym sposobem zwiedzenie Skaftafell są Google Maps. Dzielny żółty ludzik dotarł i tam, i w jego towarzystwie można nurzać się w zieloność i jak łódka brodzić.

20160406_130322_hdr

Po dłuższym podejściu pod górę, pojawia się w oddali pierwsza z atrakcji, wodospad Svartifoss. Nie tak monumentalny jak poprzednie, ale otoczony bazaltowymi kolumnami o równym, sześciokątnym przekroju.

20160406_133037_hdr

20160406_133745_hdr

Kolumny te są jednym z efektów wulkanicznej natury Islandii. Bazalt z którego się składają, był kiedyś płynną lawą. Kiedy zjawiska wulkaniczne w tej części Islandii uspokoiły się, lawa zaczęła stygnąć i kurczyć się, i bazalt zaczął pękać w równomierny sposób, tworząc te piękne kolumny. To co ja opisałem w dwóch zdaniach, jest dokładniej wyjaśnione tutaj i tutaj. Jeżeli brakuje wam pomysłów na kolejne wyjazdy, możecie zrobić Tour De Kolumny Bazaltowe, bo można spotkać je na całym świecie.

Ale czas było ruszać dalej.

20160406_140422

20160406_142253_hdr

20160406_142314_hdr

20160406_143736_hdr

20160406_143742_hdr

Po około godzinnym marszu dotarliśmy na szczyt ponad lodowcem. Sama trasa nie jest trudna, można ją przejść bez żadnego przygotowania. Jedynym wymaganiem były dobre buty i grube kurtki, bo wiało niesamowicie, a gdzieniegdzie zalegał śnieg. Niedogodności nie było dużo, ale nawet jakby ich było 10 razy więcej, to i tak widok rekompensowałby je wszystkie. Ze szczytu roztacza się panorama jak gdyby świata w miniaturze, od ośnieżonych szczytów do morza. Z jednej strony rozciąga się szeroki płaskowyż, o tej porze roku jeszcze rudy od bezlistnych krzewów, z drugiej widać ostrą biel lodowca.

Skaftafellsjökull

Niestety, i Islandii nie ominęło globalne ocieplenie. Na ścianie centrum turystycznego wisiało małe zdjęcie lodowca z początku XX wieku. Na nim jęzor lodowca sięgał znacznie, znacznie dalej. W ciągu tych 100 lat, co w skali geologicznej jest prawie pomijalnie krótkim okresem, lodowiec cofnął się o kilka kilometrów.

Jökulsárlón

Jökull to po islandzku lodowiec. Rdzeń ten jest częścią nazw geograficznych takich jak Skaftafellsjökull czy Hoffellsjökull, i także tutaj można go znaleźć. Jökulsárlón to jezioro polodowcowe, położone u stóp lodowca Breiðamerkurjökull. Już z drogi numer 1 widać intensywne biele i błękity gór lodowych odrywających się od czoła lodowca i leniwie sunących ku morzu. Te zimne wody są zamieszkiwane przez foki, widzieliśmy ich kilka pośród lodu, ale ta sielanka nie trwała długo. Kilku wyjątkowo tępych turystów zaczęło rzucać w nie kamieniami, i uciekło zanim ktoś zwrócił im uwagę. Nawet tak daleko nie da się uciec od głupoty ludzkiej.

20160406_165059_hdr

20160406_172210_hdr

Błękitne góry lodowe pochodzą z samego dna lodowca. Prasowany przez wyższe warstwy, lód pozbywa się wszystkich skaz rozpraszających światło i staje się czysto niebieski, niczym skondensowana czysta woda.

img_3446

img_3456

img_3459

Jezioro Jökulsárlón to najdalej wysunięty na wschód punkt Islandii do którego dotarliśmy, jednak jechać dalej nie było już czasu. Zamiast tego, wróciliśmy do Viku na nasz przedostatni nocleg. Mimo późnej pory, udało nam się wrócić jeszcze za dnia, Islandia położona jest tak daleko na północy, że nawet w kwietniu słońce zachodzi koło 21-22. Daje to kilkanaście godzin dziennie nadających się do wędrowania i zwiedzania, ale też może być zagrożeniem dla nieprzyzwyczajonych do tego kierowców. Przynajmniej tak twierdzi elf Elfis w filmie o bezpieczeństwie na islandzkich drogach.

Na Islandii pozostało nam jeszcze półtora dnia, i o tym czasie będzie część III, ostatnia.

Stefan

Część I
Część III

Islandia, część I

– chcesz lecieć do Islandii? Jest promocja na bilety.

Zaczęło się od telefonu, a później już nie było odwrotu.

Postapokaliptyczny krajobraz i dużo przestrzeni. Tak do tej pory kojarzyła mi się Islandia, miejsce co najmniej dziwne, ni to w Europie, ni to w Ameryce.

Ale Islandia to także kraj szczęśliwych ludzi (wg sondaży), w którym wierzy się w elfy, a równouprawnienie jest na porządku dziennym. Idealnie nie jest, ale całkiem blisko.

Sama wyspa leży na granicy Oceanu Atlantyckiego i Arktycznego. 11% wyspy jest pokryte lodowcami, ale Islandia posiada też wiele wulkanów. Kiedy w 2011 roku wybuchł wulkan o niewymawialnej nazwie, loty zostały wstrzymane w większości Europy. Dzięki aktywności i wulkanicznej, w większej części kraju wykorzystuje się energię geotermalną do ogrzewania mieszkań i zaopatrywania ich w ciepłą wodę. (Więcej możecie poczytać tutaj)

Stolicą Islandii jest Rejkjavik, który zamieszkuje ponad ⅓ mieszkańców całej wyspy. W mieście znajduje się lotnisko, jednak obsługuje głównie loty krajowe i okoliczne (Wyspy Owcze i Grenlandia). Planując przyjazd z większości miast europejskich, musimy liczyć się z lądowaniem w Keflaviku, który jest oddalony od stolicy o ok. 50 km.

Tyle teorii, czas na praktykę.

20160404_222934

Pierwsze co nas uderzyło po wyjściu z lotniska to przestrzeń. Wokół lotniska ma być płasko, takie są przepisy, ale zwykle gdzieś na horyzoncie majaczą budynki, lasy, pagórki chociaż, cokolwiek. Tymczasem, tutaj przestrzeń się nie kończyła.

Całkiem niedługo okazało się, że ta przestrzeń jest cechą charakterystyczną Islandii.

Garður

Nasz pierwszy nocleg okazał się parterem sporego domu zamieszkałego przez przesympatyczną starszą parę. Garður (isl. ogród), jest maleńkim miasteczkiem na północ od Keflaviku. Głównym źródłem utrzymania mieszkańców jest rybołówstwo i zdecydowanie nie jest to miejsce o nastawieniu turystycznym. Dało nam to podgląd na, z braku lepszego określenia, “prawdziwą” Islandię, chociaż mam pewne obawy czy w ogóle tutaj można stosować ten podział. Pierwszego wieczoru nikt z nas nie był zbyt chętny na socjalizację, więc tylko szybko sprawdziliśmy plany na następny dzień.

Za to rano obudził mnie zdecydowanie najpiękniejszy wschód słońca.

img_3173

Zmiana czasu (2 godziny wcześniej) zrobiła swoje i już po 6 rano czasu lokalnego byliśmy na nogach. Nadeszła chwila na pierwszy rekonesans tego tajemniczego lądu.  Sam Garður przypominał trochę opuszczone miasteczko, a trochę porzuconą fabrykę. Schludne domki mieszały się z zardzewiałymi szopami z blachy falistej, a wybrzeże błyszczało połamanymi kawałkami plastiku wśród splątanych sieci rybackich.

20160405_080345-1

img_3180

img_3206

img_3221

Z Garðuru ruszyliśmy na wschód drogą numer 1.

Krýsuvík 

Krýsuvík, czyli pola geotermalne. Nasze pierwsze wrażenie – ktoś tu zapomniał o jajkach. Zapach siarki był miejscami nieznośny, za to w nagrodę mogliśmy napawać się widokiem. Całość powstała trochę przypadkiem, kiedy podczas budowy elektrowni geotermalnej, doszło do erupcji gorących źródeł. Ochronę przed morderczymi miazmatami zapewniają pomosty, udekorowane licznymi tabliczkami grożącymi każdy możliwym cierpieniem jeżeli zejdzie się z drewnianej ścieżki.

20160405_115415

img_3246

Małe, radośnie bulgoczące jeziorka mogą przywodzić na myśl filmy o małpach w gorących źródłach, ale niestety, każde zwierzę próbujące ogrzać się tutaj, ogrzałoby się tylko raz, i to ostatecznie. To co bulgocze to wrzące błoto zawierające kwas siarkowy.

20160405_123502

20160405_123508

img_3266

Selfoss

Pomimo, że  “foss” to po islandzku wodospad, w tym mieście ich nie ma. I także coś innego było naszym celem. Wspomniałam o elfach – muszą gdzieś mieszkać. Kościółek położony nad samym brzegiem morza, ma na swoim terenie rzecz najbardziej zaskakującą – maleńkie domki elfów.

20160405_131529

img_3286

Seljalandsfoss & Gljúfrafoss

Wodospad zauważyliśmy przejeżdżając obok, nawet nie mieliśmy go wcześniej w planach.

Seljalandsfoss to wodospad, który ma ok. 60m wysokości. Kiedyś klif, z którego wypływa woda, był częścią linii brzegowej wyspy. Morze ustawicznie odsuwa się od klifu, i teraz u podnóża wodospadu zaczyna się dalszy ciąg rzeki, leniwie meandrującej przez nadmorską równinę.

img_3296

img_3305

img_3329

img_3328-1

Sam wodospad można obejść dookola specjalnie wytyczonym szlakiem (dość bezpiecznym mimo dużej wilgotności). Kiedy już się trafi za ścianę wody, można tam stać godzinami. Uważać trzeba jedynie na sprzęt elektroniczny, aparaty i okulary, które bardziej przeszkadzają niż pomagają.

Seljalandsfoss, jako atrakcja dobrze widoczna, wypełniony był turystami. Za to kilkaset metrów dalej ukryty był Gljúfrafoss. Zdecydowanie mniej zatłoczony, bo wejście do niego stanowiło większe wyzwanie. Ale nie da się ukryć, że było warto je podjąć.

20160405_164555

Skógafoss

Ostatnim przystankiem był Skógafoss, wodospad tak malowniczy, że grał w bollywoodzkim filmie. Relatywnie wygodne schody pozwalają wspiąć się na klif. Z niego rozciąga się szeroki widok, z jednej strony na zasilającą wodospad rzekę Skógá, z drugiej strony wzrok sięga ponad nadmorską równinę i w końcu na sam, wiecznie wzburzony, Ocean Atlantycki. Udało nam się podejść dość blisko kolumny spadającej wody, ale ilość pyłu wodnego skutecznie moczyła ubrania, zamazywała okulary. Tylko mewy, licznie zamieszkujące otaczające wodospad klify, wydawały się niewzruszone. Na ich miejscu też bym taka była, kto w końcu mógł się zbliżyć do tak niedostępnego miejsca?

20160405_181248

20160405_181933

wodospad

 

20160405_180550

20160405_175434_hdr

Samochody na zdjęciach to najczęściej element niepożądany, zaburzający przekaz. Tutaj jednak przydały się, dzięki nim widać skalę krajobrazu.

Następnym przystankiem po Gljúfrafossie był Vik – miejsce noclegu. Nie znaczy to jednak, że skończyliśmy zachwycanie się Islandią.

img_3353

Koniec części I

Część II
Część III

Magda